Paranoja w MSZ
Kiedy Kaczyńscy doszli do władzy, szybko mogliśmy się przekonać, że nasza polityka zagraniczna okropnie na tym ucierpi. Ich antyrosyjska, antyniemiecka demagogia świadczyła o tym, że będą budować swój wizerunek na budzeniu paranoi wobec innych krajów. "Najeźdźców", "zbrodniarzy", "złodziei". Mimo, że żaden Kaczyński nie pamiętał nawet czasów Drugiej Wojny Światowej, nie przeszkodziło im to w nazywaniu naszych sąsiadów "wrogami". Co było, naturalnie rzecz biorąc, jednym z bardzo niebezpiecznych posunięć. O ile matczyna Angela Merkel traktowała ich obelgi z pobłażliwym, łagodnym uśmiechem, tak cyniczny i twardy Putin natychmiast odwrócił się od Polski, nie pozwalając sobie na takie rzeczy. A Kaczyńscy krzyczeli, że Rosja nas nienawidzi. I dopóki ktoś normalny nie zabrał się za porządkowanie spraw w MSZ, dopóki Radek Sikorski i Donald Tusk nie wyciągnęli normalnie ręki do Moskwy (co i tak zostało im poczytane niemal za zdradę stanu), to mogliśmy tylko patrzeć, jak się z nas śmieją. Ponieważ PiS wolało politykę kochania się z wujem Samem, PO pokrzyżowało im plany zupełnie, stawiając USA twarde warunki i prowadząc politykę proeuropejską.